Był jednym z pierwszych więźniów KL Auschwitz. Przetrwał cztery lata koszmaru obozowej egzystencji. Zbiegł dzięki pomocy ruchu oporu. Następnie sam dołączył do AK i pomagał innym więźniom w ucieczkach i utrzymaniu się przy życiu.
Podziel się:
Cichociemni, fot: domena publiczna
Stanisław Furdyna urodził się 105 lat temu, 2 kwietnia 1916 roku w Tuszowie Narodowym na podkarpaciu. Ciekawostką jest, że z tej samej miejscowości pochodził Władysław Sikorski, premier RP na uchodźctwie i przełożony większości struktur państwa podziemnego.
Przed wojną pracował jako urzędnik. Po inwazji Niemiec i ZSRR postanowił wstąpić do Związku Walki Zbrojnej, poprzedniczki AK. Praca w ruchu oporu szybko zakończyła się dla niego wpadką. Schwytany przez Niemców znalazł się w pierwszym transporcie do Auschwitz – jego numer obozowy to 193. Jak możemy przeczytać w wielu źródłach, więźniowie „ o krótkich numerach” z czasem zaczęli cieszyć się specjalnym statusem wśród innych, jako „weterani” obozu.
Wspólnie zbudujmy Wirtualne Muzeum Polskiego Państwa Podziemnego.
Aby zrealizować nasz cel i udostępnić Muzeum zwiedzającym już w 2022 roku potrzebujemy Twojego wsparcia.
Za pośrednictwem łączniczki, ledwie kilkunastoletniej Zofii Zdrowak nawiązał kontakt z przyobowozowym oddziałem AK „Sosenki”. Pomoc z ich strony oraz głęboka znajomość obozowych stosunków umożliwiła mu przetrwanie.
„Sosenki” już wcześniej pomagały więźniom w ucieczkach. Na ich wsparcie mogli liczyć zarówno Polacy jak i Żydzi, również pochodzący z innych krajów. Na przykład w 1943 r. partyzanci przejęli z obozu czeskiego Żyda Josefa Prima i Serba Vasila Mlavicia. Pierwszy z nich pozostał w oddziale.
Stanisław Furdyna (wraz z Antonim Wykrętem) uciekł kanałem przerzutowym „Sosenek” we wrześniu 1944 roku. Już po około miesiącu obaj wzięli udział w akcji uwalniania kolejnych więźniów. Przebrani w niemieckie mundury zatrzymali furmankę, w której do podobozu w Budach wieziono dwóch skutych mężczyzn. Jak pisze historyk Adam Cyra, cała akcja została wcześniej uzgodniona.
Po zatrzymaniu koni, oświadczyli esesmanowi, że są funkcjonariuszami przyobozowego Gestapo. Ściągnęli obu więźniów z wozu, po czym zaczęli ich bić i kopać. Krzyczeli, że są poszukiwani w celu przeprowadzenia śledztwa.
Konwojent dał się nabrać. Nie żądając żadnych dokumentów wydał mężczyzn. Poprosił tylko o pokwitowanie ich przekazania. Gdy eskortujący żołnierz się oddalił, wyzwoleni zostali zabrani w bezpieczne miejsce. Wkrótce obaj dołączyli do „Sosenek”.
Furdyna krótko jednak żył na wolności. W imieniu oddziału prowadził z kolegami negocjacje z esesmanem, który zapewniał, że jest gotowy przekazać im broń. 3 grudnia 1944 roku znajdował się w domu Zdrowaków. Jak wspominała matka Zofii, Anna, tego dnia nad ranem do jej domu wstąpił esesman zwany „Aleksem”, który deklarował się jako członek antyhitlerowskiej opozycji. Obudził partyzantów i zaczął ustalać z nimi szczegóły tajnego przekazania broni. Twierdził nawet, że chce wstąpić do „Sosenek”.
Niestety akowcy stracili czujność. Po chwili wokół domu pojawiły się samochody SS. Żołnierze gęstym pierścieniem otoczyli budynek i zaczęli go ostrzeliwać. Partyzanci zdążyli jeszcze wbiec na poddasze i odpowiedzieć ogniem, jednak ich sytuacja była beznadziejna. Udało im się wydostać z domu. Zaczęli uciekać w pole. Trzech z nich, w tym Furdyna, zginęło od kul. Przeżył tylko jeden, wspomniany wcześniej Antoni Wykręt.
Rodzina Zdrowaków została zabrana do obozu. Łączniczka Zofia, trafiła do tamtejszego aresztu. Zresztą nie pierwszy raz. Już wcześniej pewna, że zostanie stracona, na bielonej wapnem ścianie celi wydrapała swoje imię i wiek – 16 lat. Napis możemy oglądać do dziś. To jeden z materialnych śladów cywilnej pomocy więźniom Auschwitz i ryzyka, jakie się z tym wiązało.